Current 93
Durtro/Jnana
2006
Ocena: **** i pół
„Kiedy usłyszysz imię i nazwisko ‘David Tibet’, pokłoń się” – napisał jeden z recenzentów. Czynię to z ochotą, bo nowa płyta grupy Current 93, której Tibet jest liderem, to powrót do wielkiej formy. I powód do kolejnych nieprzespanych nocy, które spędzone zostaną na rozmyślaniach o końcu świata.
Twórczość Current 93 jest dla Davida Tibeta sposobem na przekazanie tego, co od lat nawiedza go w snach, wizjach, koszmarach i objawieniach. Żyje on w swoim hermetycznym świecie, w którym nieustannie odnajduje kolejne znaki nadchodzącej Apokalipsy. Nie inaczej jest tym razem, a tytułowe Czarne Statki, Które Pożarły Niebo to wehikuły, na których przybywa sam Antychryst.
W osobistej, skomplikowanej teologii Tibeta odnaleźć można ślady satanizmu, okultyzmu spod znaku Aleistera Crowleya, pogańskich tradycji ludów Północnej Europy, buddyzmu i hinduizmu oraz przeróżnych herezji chrześcijańskich. W ostatnich latach coraz silniejsze okazują się u niego fascynacje mistycznym katolicyzmem i gnostyckimi Ewangeliami. Podobnie zmieniała się muzyka Current 93: początkowo zorientowana industrialno-rytualnie, stopniowo łagodniała i cichła, coraz mocniej akcentując wpływy acid-folka i akustycznych brzmień. Nieważne jaki ostatecznie kształt przybierały dźwięki na kolejnych płytach, rezultaty zawsze były zadziwiające. Dzieje się tak nie tylko z powodu niewątpliwego talentu samego Davida Tibeta, ale także dlatego, że zawsze miał on szczęście do współpracowników. Current 93 zawsze było czymś w rodzaju otwartej wspólnoty, dzięki czemu przez jego szeregi przewinęła się cała plejada artystów, nawet tak znanych jak Bjork czy Nick Cave. Warto również pamiętać o tym, że to właśnie Tibet odkrył Antony’ego (z Antony & The Johnsons), nad którego drugą płytą („I Am A Bird Now”) rozpływają się w zachwytach krytycy najmodniejszych czasopism. A przecież jego debiutancki album, wydany przez lidera Current 93, jest dużo lepszy!
Muzycznie „Black Ships Ate The Sky” to powrót do brzmień arcydzieła, jakim jest płyta “Thunder Perfect Mind”, a nawet wcześniejszego “Earth Covers Earth”. Proces nagrywania i produkcji trwał aż cztery lata, ale rezultat jest powalający. I tym razem lista gości brzmi jak who-is-who na scenie muzyki alternatywnej, brak tu miejsca na wymienianie wszystkich. Powracają starzy znajomi, jak Baby Dee, Steven Stapleton (z Nurse With Wound) czy Michael Cashmore, ale są i nowe twarze, chociażby Ben Chasny (z folkowo-psychodelicznego Six Organs Of Admittance), Marc Almond (ex-Soft Cell) czy Will Oldham a.k.a. Bonnie „Prince” Billy, nazywany czasem „bardem death country”. Album dzieli się niejako na dwie części, pierwszą z nich stanowią „typowe” kompozycje Current 93, w których melodeklamacjom Tibeta towarzyszą głównie
delikatne dźwięki gitar Cashmore’a i Chasny’ego oraz niepokojące drony i odrealnione odgłosy, preparowane przez szalonego alchemika Stapletona. Drugą część stanowi osiem interpretacji hymnu „Idumea”, który napisał ponad 300 lat temu Charles Wesley, jeden z liderów ruchu Metodystów. Każdą z wersji śpiewa inny wokalista, jedna piękniejsza od drugiej. Tutaj na największe uznanie zasługuje trójca Marc Almond, Baby Dee i Bonnie ‘Prince’ Billy, których wykonania po prostu porażają. Zaskakująco blado wypada tutaj Antony, natomiast miło zaskakuje obecność Shirley Collins, która w latach 50. i 60. była jedną z najważniejszych postaci odrodzenia angielskiej muzyki folkowej. „Idumea” swobodnie płynie pomiędzy innymi kompozycjami na płycie, pojawia się również na jej początku i końcu, spinając niczym klamra te 76 minut niebiańskiej muzyki.
To płyta pełna małych i wielkich tajemnic, apokaliptycznych wizji, absurdalnego poczucia humoru i zagadkowych tekstów. Pozornie zupełnie odrealniona, paradoksalnie oddaje znakomicie ducha początku XXI wieku. Wieku, w którym Czarne Statki zapełniają nieba nad kolejnymi krajami, niosąc śmierć i zniszczenie w ogniu. Wieku, w którym przywódca najpotężniejszego państwa świata wierzy święcie w powtórne przyjście Chrystusa i nieuchronny Armageddon. Current 93 mocno wbija pazury w kręgosłup i
potrafi dogłębnie wstrząsnąć słuchającym. Jeśli jakąś muzykę można nazwać psychoaktywną, to właśnie tę.
[opublikowano w magazynie Relaz.pl - sierpień 2006]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz