Interscope 2005
Ocena: ****
Czas był najwyższy, aby najlepszy rockowy zespół świata wydal płytę koncertową. I chociaż obecny skład QOTSA trudno uznać za najlepszy w ich historii, to nawet teraz są w stanie wykrzesać z siebie niesamowitą energię. Świadkiem tego był każdy, kto był na ich czerwcowym koncercie w Warszawie.
Nad londyńskimi koncertami Queens ciążyła klątwa. Odwoływano je kilkakrotnie, m.in. z powodu infekcji płucnej lidera zespołu, Josha Homme'a. W końcu jednak gwiazdy ułożyły się w odpowiednim porządku i Londyn z dumą mógł ugościć Królowe Epoki Kamiennej. Klątwa została przełamana: QOTSA zagrali koncerty w klubie Kokos oraz w Brixton Academy. Rezultat możemy obejrzeć i usłyszeć na "Over The Years And Through The Woods", bo występ zarejestrowano zarówno w formie audio, jak i video. Rezultatem jest combo cd/dvd.
Sama płyta koncertowa nie wyróżnia się niczym specjalnym na tle np. bootlegów, które każdy szanujący się fan posiadał w swojej kolekcji. Na niekorzyść przemawia też fakt, że tym razem zabrakło w składzie wokalisty Marka Lanegana (ex-Screaming Trees, Mad Season), który wnosił zupełnie nową jakość swoim zachrypniętym głosem, którego pozazdrościć mógłby nawet Tom Waits. I nie oszukujmy się, Joey Castillo to perkusista tylko poprawny. Brakuje mu umiejętności, co w koncertowych wersjach utworów z płyty "Songs For The Deaf", gdzie bębnił niesamowity Dave Grohl, słychać wyraźnie. No i najważniejszy Wielki Nieobecny: Nick Oliveri. basista, dzięki któremu Królowe były niebezpieczne, agresywne i nieobliczalne. Z czasem ukuto przydomek "Queens Lite" – bo wg niektórych bez niego zespół to niejako lżejsza, „bezalkoholowa” wersja. Kwestia to sporna, każdy osądzić to może sam. Obowiązkami basisty na płycie koncertowej podzielili się Troy Van Leeuwen (ex-A Perfect Circle) i Alain Johannes, z różnym skutkiem. Skład zamyka Natascha Schneider (grająca z Johannesem w grupie Eleven) na instrumentach klawiszowych.
Dobór utworów raczej nie zaskakuje, zespół gra mniej więcej po równo najpopularniejszych utworów z każdej płyty. Jedyną miłą niespodzianka jest "I Wanna Make It Wichu", pochodzące z ostatniego wcielenia Desert Sessions. Szkoda tylko, że tak, jak w oryginale na płycie, nie zaśpiewała tego na żywo PJ Harvey.
Do jakości dźwięku czy wykonania nie można mieć większych zastrzeżeń. Zespół brzmi znakomicie; to nie tylko fantastyczni instrumentaliści (za wyjątkiem perkusisty, jak już zostało wspomniane), ale co najważniejsze potrafią grać razem i wyraźnie sprawia to im przyjemność. Josh Homme to cholerny szczęściarz: pomimo wiecznie zmieniającego się składu, Queens Of The Stone Age za każdym razem grają z pasją i charyzmą niedostępną dla większości.
Co ważne, QOTSA nie odgrywają beznamiętnie piosenek. Nie brzmią one identycznie jak w wersjach studyjnych. Czasem rozciągnięte, zmienione są riffy i solówki, czuć lekka nutkę improwizacji. Nie zawsze to zdaje egzamin w stu procentach, niektóre patenty spokojnie mogliby sobie darować, bo muzyka traci na dynamice. Josh Homme jako wokalista ciągle się rozwija, z płyty na płytę śpiewa z coraz większą swobodą. Porywa się nawet na „A Song For The Dead”, piosenkę będącą dotąd zarezerwowaną tylko dla Marka Lanegana. Jedynie w "Burn The Witch" dostaje chyba lekkiej zadyszki i jego głos gdzieś ginie. W "No One Knows" nie boi się nawet zaśpiewać a capella, chociaż to akurat było już trochę niepotrzebne i trąciło lekkim samozachwytem. Nie wstydzi się nawet rzucania do publiki oklepanych / klasycznych (niepotrzebne skreślić) rockandrollowych odzywek między utworami. Brakuje niestety z wiadomych powodów kawałków, w których gardło zdzierał Nick Oliveri. Nie usłyszmy więc ani ostrych, hardcore'owych dynamitów w rodzaju "Tension Head", ani bujającego, psychodelicznego "Autopilot". Cóż, nie można mieć wszystkiego. Ale i tak dostajemy najlepsze, co zaoferować nam może QOTSA Anno Domini 2005.
Queens Of The Stone Age przetrwali dotkliwe roszady składu, pokonali londyńską klątwę i wszystko wskazuje na to, że jeszcze nie raz słuchając nowych piosenek będziemy zbierać szczęki z podłogi. Czego sobie i wszystkim innym fanom Josha Homme'a i reszty szajki życzę.
P.S. – na recenzję dvd zabrakło już miejsca, ale za zawartość i wykonanie należy się pięć gwiazdek.
[opublikowane w magazynie Relaz.pl - styczeń 2006]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz